Wspomnienia z Bazaru Różyckiego - pestki, pestki, pestki

Handel na Bazarze Różyckiego, fot. J. WoropińskiKtóregoś wiosennego dnia na Bazarze Różyckiego, tuż przy beczce z kiszoną kapustą stał samotny, niepozorny człowiek średniego wzrostu, ubrany w jasną, kraciastą marynarkę. Na głowie miał czapkę, mocno nasuniętą, aż prawie po uszy. Opuszczony daszek tej czapki sięgał mu prawie do jego zadartego, sinego nosa.

Tłok tego dnia na bazarze był dość duży. Ten samotnie stojący człowiek co chwila głośno wołał: pestki, pestki, pestki... Wołanie czasami przerywał, bacznie rozglądając się na wszystkie strony, wypatrując jednocześnie w tłumie jakiegoś znajomego. Po krótkim nabraniu oddechu opuszczał głowę i potem znowu wołał: pestki, pestki, pestki... Stał lekko zgarbiony, nie ruszając się z miejsca. Na ziemi, przed nim nie było żadnego rozłożonego towaru do sprzedaży. Ręce miał głęboko wepchnięte w boczne kieszenie poplamionych spodni. Gdy przechodziłem obok niego, on trochę głośniej krzyknął: pestki, pestki, pestki - adresując ten okrzyk jak gdyby do mnie, zwracając jednocześnie swoją twarz w moim kierunku.

Zwolniłem wtedy krok i z zaciekawieniem zatrzymałem się na chwilę przed nim. Odruchowo spojrzałem w jego twarz i bez namysłu zapytałem:
- Czy mogę kupić trochę tych pestek?. Zastrzegłem przy tym:
-  Proszę o pestki dobrze podsuszone i rumiane, podsmażane na patelni, bo tylko takie mi smakują.

On spojrzał na mnie ostrym, badawczym wzrokiem. Lekko się uśmiechnął i po krótkim zastanowieniu, pochylając w moim kierunku swoją głowę, cicho zapytał:
- Jaki kaliber i ile sztuk?

Gdy padły te słowa, w mig zrozumiałem, że on sprzedaje nie nasiona dyń do jedzenia, lecz trefny towar do nielegalnie posiadanej broni palnej. Zreflektowałem się natychmiast i natychmiast odpowiedziałem krótko i cicho:

- Dziesięć sztuk do nagana. Odpowiedź też była krótka:
-  Dziś mam „szóstki", ale jutro mogą być do nagana.

Wypowiadając te słowa, ułożył swoją dłoń w trąbkę przy swoich ustach. Na moje kiwnięcie głową i znak zgody, zmierzył mnie ponownie od stóp do głowy, wzrokiem poważnym - jak gdyby mnie szacował - co jestem wart i czy ja mam forsę. Potem jeszcze raz zbliżył się do mnie i cicho do mego ucha szepnął, powtarzając:
- Do nagana mogą być jutro.
- Dobrze - kiwnąłem głową.
- Ile sztuk? - zapytał.
-  Na razie dziesięć mi wystarczy - odparłem, pokazując swoich dziesięć palców dwóch rąk.
- Jutro będą, ale w bramie przy wejściu do bazaru na ulicy Kępnej 48, tuż przy księgami „Gebethnera". Jutro o 14-tej w bramie - powtórzył, akcentując „w bramie". - Pasuje - zerknął na mnie, mrużąc oko.
- Tak oczywiście - odpowiedziałem.
-  No, to do jutra - skwitował i konspiracyjnie podał mi rękę na znak zgody.

Poczułem, mocny, ale bardzo znaczący uścisk dłoni. Jeszcze raz spojrzał mi w oczy widocznie dla zapamiętania mojej twarzy i natychmiast bez dalszych słów oddalił się, wpatrując się w wesoły bazarowy tłum praskiej publiczności i ferajny.


Sergiusz Grudkowski

Tekst pochodzi  z 
Jednodniówki Stowarzyszenia Kupców Warszawskich  Bazaru Różyckiego

Wasze komentarze


Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Twoja-Praga.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii







wstecz