Zbrodnia w Wawrze 27 grudnia 1939 r.

27 grudnia 1939 r. w Wawrze pod Warszawą Niemcy rozstrzelali 107 cywilnych mieszkańców, wyciągniętych z mieszkań w trakcie nocnej obławy. Była to pierwsza, masowa zbrodnia dokonana przez hitlerowskiego okupanta na ludności cywilnej Warszawy.

W mroźny, zimowy wieczór w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 26 grudnia 1939 roku do baru prowadzone przez Antoniego Bartoszka przy ul. Widocznej 85 w Wawrze weszło dwóch mężczyzn: Marian Prasuła i Stanisław Dąbek. Byli to dobrze znani wawerskiej policji kryminaliści zbiegli w czasie działań wojennych z więzienia świętokrzyskiego.

Mężczyźni zachowywali się agresywnie. Domagali się wydania jedzenia pomimo, iż lokal w święta był zamknięty. Bartoszek postanowił zawiadomić pobliski posterunek policji. Kiedy przybyły na miejsce polski policjant rozpoznał w mężczyznach zbiegłych kryminalistów wezwał na pomoc niemieckich żołnierzy. Gdy ci pojawili się w lokalu podczas legitymowania zbiegłych z więzienia przestępców padły w ich kierunku strzały... Jeden z Niemców zginął na miejscu, drugi zmarł w drodze do szpitala. Prasuła i Dąbek zdołali uciec.

Około godziny 21.30 szczegółowy meldunek o zastrzeleniu niemieckich podoficerów z batalionu budowlanego dotarł do 31. pułku policji porządkowej stacjonującego w Warszawie (Polizei-Regiment Warschau). Zawierał on dokładne informacje na temat przebiegu zdarzeń i dane sprawców zabójstwa.

Na rozkaz podpułkownika Maxa Daume - zastępcy dowódcy pułku policji porządkowej w Warszawie do Wawra i sąsiedniego Anina wysłano natychmiast 2 i 3 kompanię VI batalionu policyjnego pod dowództwem majora Friedricha Wilhelma Wenzla z zadaniem przeprowadzenia specjalnej akcji pacyfikacyjnej.

Nocna obława rozpoczęła się około godziny 23. Niemcy zabierali z domów mężczyzn w wieku 16-70 lat. Jeden z ocalałych, mjr Bronisław Janikowski, składając w 1945 r. zeznania przed sędzią śledczym, wspominał: "Około północy obudziło mnie walenie w drzwi. Usłyszałem krzyk po niemiecku, więc wstałem i otworzyłem drzwi. Wpadło kilku żołnierzy, splądrowali dom i zabrali mnie do komendy. Na ulicy przed komendą stało już kilkadziesiąt osób w trzech szeregach. Noc była jasna. Pełnia księżyca. Mróz koło 20 st. Co pewien czas brano po kilka osób do domu na przesłuchanie. Szło to bardzo szybko. Po obydwu stronach schodków prowadzących do domu stali żołnierze. Każdy wychodzący z przesłuchania był kopniakiem wyrzucany na schodki, a stojący obok żołnierze bili go kolbami, kopali. Na podwórzu, z boku, a nie razem z nami, stał jakiś człowiek bez czapki i bez butów. Ktoś powiedział mi, że to właściciel kawiarni". (J. Bijata "Wawer").

Łącznie podczas obławy Niemcy wyprowadzili z domów około 120 mężczyzn. Byli wśród nich, poza stałymi mieszkańcami obu miejscowości, także goście spędzający u rodziny czy przyjaciół święta Bożego Narodzenia.

Około godziny 5 rano "sąd" doraźny działający pod przewodnictwem mjr. Wenzla i w obecności ppłk. Daume zakończył "proces", skazując 114 mężczyzn na śmierć. Wyrok wygłosił z ganku domu przy ul. II Poprzecznej 3 mjr Fryderyk Wilhelm Wentzel. Żaden z nich nie miał prawa do obrony. Na nic zdały się ich prośby, protesty i modlitwy. Ograniczono się jedynie do spisania ich danych personalnych.

Stanisław Piegat, cudem ocalały z egzekucji, tak opisywał ten moment: "Wyszedł major i podoficer. Major po niemiecku, a podoficer po polsku powiedzieli, że za zabicie dwóch żołnierzy niemieckich jesteśmy wszyscy skazani na śmierć". (J. Bijata "Wawer").

Antoni Bartoszek, właściciel restauracji, w której zginęli dwaj Niemcy, został dotkliwie pobity i powieszony u wejścia do lokalu, jeszcze przed zapadnięciem "wyroku" sądu doraźnego.

Pod eskortą poprowadzono skazanych tunelem pod torami na drugą stronę linii kolejowej. Skazanych ustawiano dziesiątkami w szeregu, na niezabudowanym placu pomiędzy ulicami Błękitną a Spiżową. Nakazywano odkryć głowę, stanąć twarzą do twarzą do płotu i uklęknąć.
Wtedy padały strzały z broni maszynowej.
W drodze na miejsce kaźni, jednemu z mężczyzn udało się zbiec. Ostatnią dziesiątkę ułaskawiono, aby pogrzebali pomordowanych. Egzekucję, mimo odniesionych ran przeżyło 7 osób. Zginęło 107 osób.

Wśród rozstrzelanych znalazło się 85 mieszkańców Wawra i Anina oraz 22 osoby z innych miejscowości. Byli wśród nich Polacy, Żydzi, Rosjanin i dwóch obywateli USA.

Stanisław Piegat wspominał: "Wprowadzili nas na nie zabudowany plac, na którym obecnie jest krzyż. Tam ustawiono nas w szeregu, kazano zdjąć kapelusze i uklęknąć. (...) Na dworze było jeszcze ciemno. Oświetlono nas reflektorami samochodowymi. Gdy w pewnym momencie posłyszałem strzały z karabinu maszynowego i zobaczyłem, że mój sąsiad, Wieszczyk, pada naprzód, upadłem i ja twarzą na ziemię. Posłyszałem z obu stron rzężenie. Po chwili zorientowałem się wciągając powietrze głębiej, że nic mnie nie boli. Nie ruszyłem się jednak i leżałem dalej spokojnie. Po chwili usłyszałem, że ktoś idzie, i usłyszałem pojedyncze strzały. Zorientowałem się, że ktoś idzie i dobija strzałami rannych. (...) Nadmieniam, że w tym momencie, kiedy nas wprowadzono na ten plac, to już była sprowadzona następna dziesiątka i ona także uklękła niedaleko od nas. Słyszałem, że następnie strzelano z karabinu maszynowego do nich. I my, i oni - klęczeliśmy twarzą zwróceni w kierunku Zastowa. Co kilka minut słyszałem serie z karabinu maszynowego, pomiędzy zaś seriami pojedyncze strzały. Tak trwało chyba ze dwie godziny". (J. Bijata "Wawer").

Janina Przedlacka, która w Wawrze straciła męża i syna, tak opisywała to, co zobaczyła po przybyciu na miejsce masakry: "Leżeli obok siebie. Twarz męża była zmasakrowana nie do poznania. Oko wybite, nos spłaszczony. Kołnierz futrzany od palta podarty w strzępy. Leżał skurczony, jak w okropnym bólu. Był już zimny. Wiedziałam, że nie żyje. Za to syn leżał wyprostowany, z czapką na głowie, oczy otwarte, jakby za chwilę miał wstać. Zdawało mi się, że żyje. Rozpięłam mu koszulę, ciało było jeszcze ciepłe i spocone. Zaczęłam je wycierać i rozcierać. Chciałam za wszelką cenę przywrócić go życiu. Czekałam na cud Zaczęli schodzić się ludzie. Niewypowiedziana rozpacz ogarnęła wszystkich. Ludzie biegali, jak obłąkani. Płakali, wyli z bólu i bezradności, przysięgali odwet Chcieli zabierać zabitych do domu. Stawiali ich na nogi, zaklinali, by ożyli, by się odezwali. Twarda konieczność jednak kazała opanować się. Ktoś powiedział, że na razie nie można zabierać zwłok, trzeba pochować na miejscu. Składaliśmy więc do dołu mężów, synów, ojców, jednego obok drugiego. Przykrywaliśmy im twarze - czym kto mógł - kapeluszami, szalikami, chustkami, aby im się do oczu piasku nie nasypało Zostałam sama. Zbolała i zrozpaczona, skrzywdzona w sposób, którego żadna mowa ludzka nie jest w stanie wyrazić". (H. Pawłowicz "Wawer, 27 grudnia 1939 r.")

Władze niemieckie miały całkowitą świadomość tego, iż w Wawrze rozstrzelano niewinnych ludzi, potwierdza to m.in. sprawozdanie naczelnego dowódcy wojsk niemieckich na Wschodzie gen. Johannesa Blaskowitza z lutego 1940 r. Stwierdzał on w nim m.in.: "VI batalion policji, wysłany przez administrację na wiadomość o morderstwie, kazał powiesić właściciela szynku przed jego lokalem, gdzie miało miejsce morderstwo oraz rozstrzelać 114 Polaków z willowej kolonii Anin, którzy ze zbrodnią nie mieli nic wspólnego. (...) To rozstrzelanie wzburzyło bardzo Polaków, ponieważ morderstwo nie miało żadnego związku z ludnością, była to zbrodnia dokonana z motywów wyłącznie kryminalnych. Poza tym ludność wskazała sama tych zbrodniarzy batalionowi budowlanemu 538, usiłowała więc pomóc przy ich ujęciu". (J. Bijata "Wawer").

Początkowo pochowano ich na prowizorycznym cmentarzu w ogólnych grobach. Po ekshumacji przeprowadzonej w czerwcu 1940 r. 76 zwłok pochowano na nowym cmentarzu przy  ul. Kościuszkowców w Wawrze, część przewieziono do Warszawy do grobów rodzinnych, a zwłoki 11 Żydów do Warszawy zabrało Towarzystwo "Wieczność".

Pamięć o zbrodni wawerskiej nie wygasła do końca wojny, mimo dziesiątków późniejszych egzekucji masowych i innych głośnych aktów terroru. Jednym z dowodów na to było nadanie nazwy "Wawer" powstałej w grudniu 1940 r. Organizacji Małego Sabotażu, której komendantem głównym został Aleksander Kamiński.  W latach 1940 - 1945, wykonała ponad 170 akcji sabotażowych przeciw okupantowi. Na warszawskich murach harcerze pisali: „Wawer pomścimy”.

W miejscu egzekucji, przy ul. 27 grudnia w Wawrze, wystawiono pomnik ku czci ofiar egzekucji według projektu Ewy Śliwińskiej. Podobny monument wystawiono także na Cmentarzu Wojskowym przy ul. Kościuszki, gdzie spoczywają ofiary. Pomnik upamiętnia także 14 mieszkańców Anina, rozstrzelanych w podobnej egzekucji dnia 29 kwietnia 1942 r. oraz żołnierzy Wojska Polskiego poległych podczas Obrony Warszawy w 1939 roku.

Po wojnie, sądy polskie osądziły współodpowiedzialnych za Zbrodnię w Wawrze, Najwyższy Trybunał Narodowy skazał Maxa Daume, wyrokiem z dnia 3 marca 1947 r., na karę śmierci. Wilhelm Wenzl otrzymał karę śmierci wyrokiem Sądu Wojewódzkiego dla miasta stołecznego Warszawy w 1951 r.

W latach 1976-80 w Aninie wybudowano kościół-pomnik zbrodni w Wawrze.


TP

Ciekawostki

  • Jednym z rozstrzelanych mężczyzn był Daniel Gering, którego przodkowie przybyli z Niemiec. Mieszkał przy ul. I Poprzecznej i czuł się Polakiem i mimo nalegań sądu nie chciał potwierdzić swojego niemieckiego pochodzenia.


Więcej na ten temat

Wasze komentarze

2013-12-28 09:06 Edmund z Wawra napisał:
Śp. Pan Stanisław Piegat, był moim pierwszym w życiu fryzjerem. Pamiętam, jak w latach 50-tych, był u mnie w szkole w pałacyku Więcka, na I-szej Poprzecznej i opowiadał na apelu o przebiegu tej zbrodni. Zakład Pana Piegata, był na ul Błękitnej, w drewnianym budynku, który stoi do dziś - vis-vis stacji, PKP Wawer. O ile pamiętam, to Pan Piegat mieszkał w tym domu na parterze i chyba był jego właścicielem.
2013-03-08 11:47 Blau napisał:
Pamiętamy o nazistowskich zbrodniach! Wawer to wspaniała dzielnica z bolesną wojenną historią. Pamiętajmy o historii!
2013-01-26 20:27 Liliana Barzyczak (o napisał:
Pamiętam tę noc jasną mroźną noc i łomotanie do drzwi. Dwaj żandarmi spenetrowali nasz dom i uderzeniam karabinów i kopniakami. Ojciec dołączył do innych prowadzonych na egzekucję. Był jednym, z ostatniej dziesiątki GABRIEL BARZYCZAK legionista , odznaczony przed woją Krzyżem Niepodległości Polski. Wrócił do domu , ale jak dawniej mówiono z powodu przemarznięcia niedługo po tym zmarł. Ludzie nazywali to zmarźliną. .
2011-11-29 11:05 XXX napisał:
I tej zbrodni nigdy nie zapomnimy. Nigdy!

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Twoja-Praga.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii







wstecz